GOBI 2008
Wstęp - 30 lat później
AKTUALNOŚCI
RELACJE archiwum
WYSTAWA, POKAZY
Pomoc dla dzieci!
MAPA
Historia wypraw
Żaglowozy
WYPRAWA GOBI 2008
WSPIERAJĄ NAS
Inspiracja
Cele wyprawy
Ojciec Chrzestny
Trasa wyprawy
Uczestnicy
Konstrukcja Gobi 3
Galerie zdjęć
Sponsoring
MEDIA o NAS
inne
Księga Gości
Kontakty
Do pobrania:)
WYSTAWA 3D

Wstęp - 30 lat później arrow AKTUALNOŚCI arrow Na Gobi deszcz - piątek, 3 października 2008
Na Gobi deszcz - piątek, 3 października 2008 PDF Drukuj Email

2 października

Z PERSPEKTYWY ŻAGLOWOZU – (Ania)
Wczoraj rozbijaliśmy się już po ciemku, ostatnie 5 km podholowaliśmy żaglowozy w okolice gór. Tradycyjnie „benzin niet”, trzeba pojechać do cywilizacji. Postanawiamy, że Bajrowóz z częścią ekipy pojedzie do Szindżistu po paliwo, żaglowozy natomiast pojadą dalej. Potem jakoś się spotkamy. Wieje 35-40 km/h, niestety...

od wschodu. Silny wiatr w oczy jednak nas nie zniechęca. Decydujemy się ze Światkiem na jazdę pod żaglami lekko na południe. Nemegt jest od nas o 200 km na południowy wschód. Ustalamy z Bajrowozem kierunek jazdy i zasady łączności. Bierzemy satelitę, zadzwonimy do nich za 3 godziny i podamy koordynaty. Kiedy dojadą do miasta powinni być w zasięgu komórek.
Droga jest cudowna. Po lewej skaliste góry, po prawej pasmo łagodnych, zielonych pagórków z żółto-pomarańczowymi jarami. Gdzieniegdzie pasą się wielbłądy. Jedziemy lewym halsem, ostrym bajdewindem na południowy wschód. GPS pokazuje maksymalną prędkość 46,6 km/h, oddaliliśmy się już od startu o ok. 40 km. Czas na łączność. Nie odbierają, co się stało? Prawdopodobnie nie ma tam jednak anteny i nie mają zasięgu. Trudno, znajdą nas jakoś po śladach. Zostawiamy strzałki z kamieni, oznaczamy wyprawową naklejką, to powinno wystarczyć. Z bocianiego gniazda na dachu gaza zauważą znak na pewno. Widzę pasterzy na koniach, zatrzymuję „z przytupem” Gobi2, za chwilę dołącza równie spektakularnie Światek. Macham pasterzom  by podjechali, jednakże konie się płoszą, pewnie nigdy wcześniej nie widziały kosmitów;) Odjeżdżają. Po chwili doganiamy ich przy studni 3 km dalej. Żagle łopoczą, konie wciąż roztańczone, Nomadzi muszą je mocno trzymać. Parkujemy pośród stada kóz, przyglądamy się pojeniu zwierząt. W międzyczasie postanawiam napoić nas i naszych nowych znajomych, wyciągam termos. Zawiązujemy znajomość, zapraszam Mongołów na przejażdżkę żaglowozem. Głośno komentują nasze pojazdy, rozumiem tylko słowo „Urbanek”, znajome logo wzbudziło ich  zainteresowanie. Mongoł (imienia nie pomnę) zasiada za sterem, ja asekuruję go w bocznej siatce. Robimy kółko koło studni, w rewanżu za chwilę mongolska rodzina przywozi nam prezent - 2 paczki papierosów Szkoda, że nie arule;) Powoli wiatr ustaje. Po horyzont pustka, gaza nie widać. Pokazuję Mongołom zdjęcie Bajrowozu, gdyby przypadkiem ich spotkali. Ruszamy dalej, chcemy wykorzystać ostatnie powiewy słabnącego wiatru. Ponownie próbujemy łączności – nic. Śledzimy przez lornetkę horyzont – pustka. Wciągamy żaglowozy na pobliski pagórek – może nas tu zauważą. Włączamy krótkofalówkę i pogrążamy się w czekaniu. Jakby co to wzięliśmy śpiwory i puszkę tuńczyka.
Mijają 3 godziny i nagle coś trzeszczy w krótkofali. Rozglądam się, auta nie widać. Próbujemy się porozumieć, podaję w ciemno koordynaty. Słyszę tylko „powtórz, nie rozumiem, powtórz, odbiór”. Powtarzam, w odpowiedzi słyszę to samo. Sylabizuję ponownie, może zrozumieją. Światek pyta ”czy nas widzicie”, w odpowiedzi tylko bełkot. – Powtarzam, czy nas widzicie, odbiór. Cisza. Śledzę bacznie horyzont, auta nie widać, gdzie oni są, muszą być widoczni, skoro widzą się anteny motorolek. W końcu zauważam nikłą smugę kurzu w kierunku, z którego się ich w ogóle nie spodziewaliśmy, to z pewnością Bajrowóz, nikt nie robi aż takiego tumanu kurzu w stepie, to muszą być oni. Nieustające próby łączności w końcu kończą się sukcesem. –Wi-dzi-my-was! Ruszamy żaglowozami im na spotkanie, niefortunnie jednak zakopujemy się w wydmach. W końcu są! Bajrowóz bierze nas na hol i wyciąga z piachu, jedziemy kawałek dalej na nocleg w sajrze. Pogoda się zmienia. Nadciągają ponure chmury nie wróżące niczego dobrego. Bajra mówi, że zmieni się pogoda i będzie śnieg albo deszcz. Zbieramy arał na ognisko (wysuszone łajno wielbłądzie).
Dobranoc, Ania G. jak Gobi

Z PERSPEKTYWY BAJROWOZU – (Piotrek)
Dzień zaczął się silnym wschodnim niestety wiatrem. Okazało się, że wieje 6 w skali Beauforta. Ania i Światek zostali i po jakimś czasie ruszyli żaglowozami, a reszta ekipy czyli Xenia, Boguś, Irek i ja ruszyliśmy do miejscowości, którą żartobliwie nazywaliśmy miastem. Miejscowość miała trudną do wymowy nazwę ale dzięki Bajrze, który jest kierowcą Gaza, mogę ją podać. Brzmi ona Szyjndźinst.
Mieliśmy do pokonania około 30 km, ale jechaliśmy ok 2,5 godz. Droga wiodła przepiękną doliną ze skałami w barwach szarości, brązu i czerwieni. Znalazłem tam kilka ciekawych kamieni. Przejeżdżając pasmo gór znajdowaliśmy się na wysokości maksymalnej 2301 m. n.p.m.
Dojeżdżając do wspomnianego Szyjndźinstu zobaczyliśmy najpierw wiatraki, a po chwili baterie słoneczne. Wiatru i słońca jest tu pod dostatkiem. Bajra powiedział, że te wiatraki funkcjonują od niedawna, bo kilka miesięcy wcześniej, gdy tu był, jeszcze ich nie było.
W tzw. mieście znaleźliśmy budynek banku, w którym mimo 5 pracownic nie można było wymienić dolarów czy też wypłacić gotówki. Chyba tylko można tam wpłacać. Po szybkim dokonaniu zakupów za ostatnie tugriki, udaliśmy się do "Cajny Gazara" czyli stołówki szkolnej. Okazało się, że wejście jest przez salę gimnastyczną w szkole. Przed wejściem była tabliczka z wizerunkiem narciarza i jakimś napisem. Zabawne. Potem tankowanie benzyny do naszego smoka zwanego Bajrowozem. Zatankowaliśmy 261 litrów. Tym razem stacja benzynowa ma prąd i nie trzeba pompować paliwa jak ostatnio ręcznie - korbą, aż ręka bolała. Potem ruszyliśmy inną drogą przez góry, zrobiło się pochmurno. Gdy wjechaliśmy w szeroką dolinę pomiędzy 2-oma pasmami górskimi usłyszeliśmy przez krótkofalówki jakieś sygnał z żaglowozów. Po ok. godzinie zobaczyliśmy żaglowozy koło jurt. Mimo nowoczesnej techniki telefonów, GPS - ów, telefonów satelitarnych, krótkofalówek pozostał niezawodny i skuteczny jak się okazało sposób, po prostu oczy i lornetka. Dziś przejechaliśmy ok 40-50 km. Zaczęło się chmurzyć, Bajra nasz kierowca i "prognoza pogody" stwierdził, że będzie bardziej wiało i może spaść po mongolsku "neg cas" czyli pierwszy śnieg. Teraz kropi deszcz i to po raz drugi podczas naszej podróży na Gobi!!! Ale przez ostatnie dni widzieliśmy przez większą część dnia fatamorganę po mongolsku "syrgde". Przedziwne zjawisko, widoczne i po lewej i po prawej stronie. Bardzo rzadko trafiamy na jurty, a przez następne ok 200 km ma nie być w ogóle jurt i ludzi. Piotr Malczewski.

3 października

Bajra nie żartował – pada. Na szczęście póki co deszcz. Zimno. Gdzie podziało się nasze słoneczko i niepoprawny upał? Brrrr…  Widok mokrych żaglowozów nie zachęca do wyjścia z ciepłego śpiwora. Jeszcze 150 km do Nemegtu, tam mamy spotkać się z Wojtkiem Skarżyńskim, trzeba będzie jechać pomimo deszczu, dobrze, że Mount&Wave wyposażył nas w specjalną odzież na takie okazje. Brrr, naprawdę robi się zimno… Środek pustyni, a tu deszcz i do tego zimny, co to za porządki;)?

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
SPONSORZY GŁÓWNI










PARTNERZY TECHNOLOGICZNI




WSPÓŁPRACA







POLECAMY:)





  • Anna Grebieniow ©
  • Kontakt
  • Start
  • drogę tworzy się, idąc nią...
  • nr konta: Wyprawa GOBI 2008 - mBank 11 1140 2004 0000 3902 5062 4929