Relacja słońcem pisana (14-15 października) - piątek, 17 października 2008
14 października
Żegnamy się o poranku z gospodarzem jurty, w której część z nas spała, na dowidzenia dostajemy worek pysznych aruli – suszonego sera twardego jak kamień :).
Bajra po raz kolejny naprawia pompę paliwa. Szukamy drogi wśród gór Nemegtu, chcemy się przeprawić na drugą stronę, na równiny wiodące do Khongoryn Els – pasma wysokich wydm. Gubimy drogę...
co chwila jakieś ślady prowadzące do nikąd. W końcu docieramy do jakiejś osady (N43.59909, E101.17937) i zaciągamy języka – zbiega się parę osób, prześcigają się w drogowych poradach. Losujemy jedną z nich i postanawiamy się jej trzymać. Jeszcze tylko nabrać wody, wszak cała się skończyła. Po napełnieniu wszystkich zbiorników okazuje się, że woda jest słona. A co tam, najważniejsze że jest mokra. Tu na Gobi jest dużo soli, często natrafiamy na wyschnięte solanki, trafiają się też słone jeziora (rzadko, ale jednak). Dziwi nas to, że dla odmiany nasza obecność tutaj ich nie dziwi. Wiedzą kim jesteśmy, skąd, dokąd zmierzamy… Po chwili wszystko się wyjaśnia – 2 tygodnie temu u jednego z osadników nocowali Kiersnowscy, ponoć też szukali drogi i tu przypadkiem trafili. Rzec by się chciało komunał stary o tym, że świat jest mały;) Na środku osady, co warto podkreślić, jest ogród – za ogrodzeniem rośnie kilkadziesiąt arbuzów, każdy wielkości kobiecej pięści… Cała wioska dba o tę szczególną, jak na to miejsce, uprawę. Ktoś rzuca nam jeden z owoców, jednakże po drodze pasiata piłeczka natrafia na kołek i nie udaje nam się przejąć prezentu w całości. Wyruszamy dalej, musimy pokonać przełęcz na holu, tędy żaglowozy się nie przeprawią na żaglach. Czarne góry, głębokie sajry, kamienista droga, koła nie raz wjeżdżają na skały – boję się o koła od Gobi2, żeby znów nie popękały szprychy. Kolejne rozwidlenia, kolejne losowania którą wybrać, kolejne jurty. Bajra zatrzymuje gaza: „gazar!” – uznał, że z pewnością jedno z zabudowań to przydrożna restauracja i tak też jest (Hutyl Us N43.62527, E101.28411). Zamawiamy gorącą strawę, zbiega się cała hmm wieś/osada/jurtowisko, dostajemy w prezencie butelkę pełną zmielonego dzikiego czosnku z miejscową solą - rewelacja. Powoli zmierzcha, czas się zbierać. Droga wiedzie przez piękny wąwóz, surowe nagie skały, lśniące w zachodzącym słońcu bazalty. Wtem na grani pojawia się ruchomy kształt – to koziorożec! Po chwili napotykamy jeszcze jedno zwierzę – ależ one piękne i wielkie. Podobno w tym paśmie górskim Cachin Uul żyje ich tylko 6 osobników, a nam udało się zobaczyć aż dwa z nich. Szacuje się, że w całym parku narodowym Gurvan Saichan żyje ok. kilkunastu tysięcy tych zwierząt, znaczna większość jednak bytuje w mało dostępnych terenach. Dla Mongołów dużo ważniejszym i znaczącym zwierzęciem jest owca argali, tych w Gurvan Saichan żyje tylko ok. 3 tys. Niestety na oba gatunki poluje się tu i sprzedaje mięso, skóry i rogi. Takie rogi argali mogą mieć aż 75 cm długości, są tu bardzo cenione. Kładę się spać na dworze, pod tzw. chmurką. Dziś akurat chmurka jest dosłowna, niebo zasnute białoszarą sukmaną po horyzont. Nagle zza gór wyłania się coś dziwnego – co to, tęcza??? Wpatruję się w to dziwne zjawisko, po chwili wyłania się reszta okręgu i księżyc. Piękne halo na dobranoc, dziękujemy Ci nasz wierny satelito. Czy w Polsce są te same plamy na Księżycu co tutaj? I tylko Bajra coś marudzi pod nosem: - niecharaszo, niecharaszo. Pytam co tak mruczy. Twierdzi, że taki znak na niebie to zapowiedź złej pogody, zapowiada na jutro duży deszcz albo śnieg. Wbrew jego zapowiedzi podtrzymuję chęć spania na dworze, najwyżej ewakuuję się do gaza. Liczę natomiast na to, że może przy pełni księżyca zobaczę na grani jakiś ruchomy kontur z zakręconymi rogami…
15 października Przed śniadaniem wdrapujemy się na pobliskie skały, każdy ma nadzieję na spotkanie jakiegoś dużego, dzikiego roślinożercy. Takowego nie spotykamy, ale udaje mi się dla odmiany wypatrzeć dwóch myśliwych, czatujących na skałach. Ptasie nieruchome postury oglądane przez teleobiektyw mają całkiem pokaźne kształty, zapewne to orłosępy. Wspinaczka iście tatrzańska, ciężko się wchodzi, co rusz jakieś osuwisko, trzeba uważać, by nie zjechać na dół. Piotrek na sąsiedniej grani upada, nadweręża nadgarstek, na szczęście niegroźnie. Widoki jak zwykle obłędne – wijąca się cienka smuga drogi pomiędzy skalnymi zboczami, człapiące w oddali stado wielbłądów, pobłyskujące gdzieniegdzie białe czapy jurt. (…) W żaglu Gobi 2 trzeba zacerować dziury, 30-letni materiał trochę już dostał w kość. Jak to się mówi – potrzeba matką wynalazków – za łaty służy taśma zbrojona obszywana naokoło. Jeśli już mowa o wynalazkach to tak na marginesie – ze znalezionych przy drodze starych, porzuconych resorów od ciężarówki zrobiliśmy stelaż do paleniska – teraz kociołek jest stabilny W ramach prac bosmańskich Światek naprawia kierownicę, ja szyję żagiel. Och, trzeba było się udzielać w klubie żeglarskim, u Andrzeja w Kiekrzu, przynajmniej byłoby wiadomo jak zeszyć to fachowo. Kombinuję jakieś proste ściegi – grunt by było skutecznie. Bajra informuje mnie tradycyjnie, że za chwilę skończy się benzyna, no cóż, do najbliższego miasta mamy 180 km, coś trzeba będzie wymyślić. – Wy pajedjetie na żaglowozach pa benzin – dorzuca dowcipniś. Póki co staczamy się na żaglach z przełęczy w dół, ku równinie. Widzący nas z oddali pasterze podjeżdżają na motorach, stajemy się atrakcją dnia albo i sezonu. Wspólnym zdjęciom i śmiechom nie ma końca, kończy się natomiast wiatr. Kolejne 3 km przemierzamy „na Flinstona” czyli kapitan zasiada w siatce bocznej i wprawia w ruch pojazd przebierając nogami – dobry trening kondycyjny;) W Gobi3 niespodziewanie pęka górny uchwyt wanty, Światek opanowuje sytuację. Zmierzcha już więc jest pretekst do założenia obozu, jutro pokombinujemy jakiś nowy uchwyt. Skończył się jakiś czas temu gaz, teraz gotujemy już wyłącznie w ognisku. Dziś w okolicy nie ma już saksaułów ani innych krzaków, są mikro-krzaczki niebywale kłujące. Nie brakuje natomiast argału, ruszamy zatem poczynić niezbędne zbiory, by było czym palić. Dwa słowa na temat owego materiału opałowego. Nie należy argału mylić z łajnem ani nazywać go organicznie odchodami. W momencie wzięcia do ręki takowego znaleziska natychmiast staje się ono szlachetnym argałem o subtelnym zapachu otrzymywanym przy spalaniu. Argał jest niezastąpiony w jurcianym gospodarstwie domowym, a głównym zajęciem dzieci koczowników jest kolekcjonowanie go na zimę. Argał ratuje zmarzniętych wędrowców, daje wysokokaloryczny ogień, obecnie ratuje skórę nam – mamy jak gotować obiadokolacje z zapasów słonej wody i innych wiktuałów. Gdy piszę tę relację, Xenia czaruje nad kotłem, z dobiegających zapachów wynika, że dziś pomidorowe będą to czary, Światek akompaniuje jej poczynaniom, a Piotrek zniknął gdzieś, pewnie poluje z aparatem na księżyc lub innego przybłędę. Wkrótce czas spać, dobranoc. Ania
p.s. Dzisiejsza relacja jest słońcem pisana – baterie ładowane były bateriami słonecznymi, benzyny do generatora już nie ma i to jedyne obecnie źródło energii. Dziękuję firmie 3moce za użyczenie wspaniałych ładowarek.