Na Gobi spadł śnieg (relacja 21,22 X) - piątek, 24 października 2008
21 października
Otwieram oko, kontroluję otoczenie czy już świta, czy aby może jeszcze można pospać. Dziś śpię na tzw. "katafalku", inaczej zwanym "grzędą Irka" czyli na lewej skrzyni bagażowej gaza. Piotr na przeciwległej grzędzie też już się miota, oznacza to niechybnie nadchodzący świt, z Piotra to taki ranny ptaszek. Zauważam też odruchy życiowe u śpiącej poniżej Xeni - chyba czas już wstawać. Światek koczował dziś na dworze, już urządza gimnastykę bo na dworze jest delikatnie mówiąc "rześko" i dobrze jest się rozgrzać.
W końcu zgodnie z tradycją, z kabiny Bajry dobiega znajoma melodia - dziś zaczynamy dzień od "Dla Elizy" w rytmie techno. Wczoraj był "Armstrong", czasem bywa też "El Kondor Pasa". Światek decyduje się na poranne golenie, dostał od Bajry żyletkę, taką zwykłą, gołą, bardzo ostrą. Próbuje sztuki golenia na żywca ale przy okolicy szyi jednak zaprzestaje ryzykownego eksperymentu. Rozpalamy ognisko, dziś herbata o smaku wczorajszej zupy. Tak to już bywa, nie zawsze daje się doczyścić kociołek paroma kroplami oszczędzanej wody. Palony saksauł pięknie pachnie, nawet lepiej niż dobrze wysuszony argał. Dym coraz bardziej przechyla się ku wschodowi, można ruszać. Na horyzoncie podejrzana chmura, czyżby nadciągała burza piaskowa? Napotkany Mongoł twierdzi, że idzie ostre załamanie pogody i od jutra będzie śnieg i w nocy mróz do -17 stopni. Oby nie.. brr.. (.)
Stoimy, w tle wydmy, chwila na zdjęcia. Wtem zza górki wyłania się uaz tzw. "ogórek". Wysiada piątka ludzi, słyszymy "Ola! hallo!" - pozdrawiają nas Katalończycy. Mają zdumione miny, kiwają z niedowierzaniem głowami - To mi się chyba śni, czy ty widzisz to co ja? - relacjonują nam swoją reakcję i rozmowę na widok żagli nad pustynią. Kobieta opowiada dalej: - Okazało się, że mąż też widzi żagle, nie wierzyliśmy własnym oczom, na horyzoncie wydmy, a tu żagle?! Podekscytowani robią sobie zdjęcia z żaglowozami, tudno im się wysłowić - C'est very incredible, muchas great! - mieszają z wrażenia angielski z hiszpańskim i francuskim. Mają dzień opóźnienia bo zakopali się w piachu i pędzą do Yolyn Am, na nas jednak nie żal im czasu;) Drastycznie kończy się benzyna w gazie, Światek sprawdził, jest w baku benzyny "na palec" - wystarczy na kilkanaście kilometrów. Od napotkanego uprzednio Mongoła dowiedzieliśmy się, że stacja do której zmierzaliśmy (w gercampie) już nie jest czynna - Już po sezonie, kolonka uże nie rabotajet. Tenże człowiek oferuje nam swoje ostatnie 20 litrów, musimy je jednak odkupić, nie chce pieniędzy. Jeśli chcemy to może nam też pożyczyć wielbłądy. Zmieniamy plany - zamiast wzdłuż wydm gaz pojedzie do Sewrei, na południe, odwrotnie do kierunku naszego szlaku. To jednak najbliższe miejsce gdzie prawdopodobnie jest benzyna z naciskiem, na prawdopodobnie. Nauczyliśmy się, że to słowo jest tu często stosowane praktyce. Żaglowozy ze mną i ze Światkiem natomiast pojadą dalej północną stroną Khongoryn Els. Bierzemy flary - gaz będzie wracał już nocą, mamy nadzieję, że jakoś nas odnajdzie. Wieje zimny wiatr, dziś do żeglowania ubieramy na siebie po trzy warstwy ciepłych ubrań. Brr, jak zimno. Jeszcze tylko odprawa w jurcie, ciepły sutej caj, jakiś twardy arul na ząb i w drogę.
22 października
Uhuha uhuhaaaa brr..
Biało wszędzie, mroźno wszędzie, co to będzie, co to będzie. Kiedy człowiek budząc się, widzi swój własny oddech, oznaczać to musi, że wyjście ze śpiwora łatwym nie będzie. - Śniegu mnoga, mnoga - utwierdza mnie w tym przemyśleniu Bajra krzątający się już przy wygaśniętym piecu. Zaczynamy dzień od ulepienia wyprawowego bałwanka, asysty przy dojeniu kóz, pierwszej bitwy śnieżnej i sesji fotograficznej skąpanych w śniegu wydm. Żaglowozy całe w śniegu, ciekawe czy osłonione karimatami siedzenie Gobi3 nie przemokło. Test siły wiatru wykazuje żałosne NIC. Nie szkodzi, dziś i tak zostawiamy pojazdy pod opieką pasterzy i jedziemy do Dalanzadgad, 220 km, do najbliższego w okolicy banku (skończyła się gotówka). Od gospodarza jurty dowiadujemy się, że w nocy temperatura spadnie do 1-12 st. C. Robię w myślach rachunek ciepłych rzeczy. brr.. no jakoś to będzie. Może czas zakupić ciepły mongolski del... Niemniej, na przekór mroźnym czasom ciepło pozdrawiam, w szczególności Przyjaciół, którzy wiernie nam kibicują (dziękuję w imieniu całej Załogi za wszystkie wpisy i mejle).
kordynatów niet bo gps w gazie, a gaz 100m od jurty, a pomiędzy nimi mega zimno;)
22 października - wieczór
Nie udało się namówić gospodarzy na użyczenie nam detektora metali. Poszukiwania złota zakończyły się fiaskiem, znaleźliśmy parę ładnych kamieni, to wszystko. Takie życie. Mieliśmy przejechać 220 km, z czego ok. 80 km z żaglowozami na holu, aby zostawić je za górami, na szlaku na północny wschód. Zmieniliśmy bowiem już kierunek jazdy, teraz czas ruszyć w stronę Ułan Bator. Udało się przejechać jednak góra 40 km. Myślę, że był to jeden z najtrudniejszych odcinków naszej wyprawy.
Z trasy: Wychodzi słońce, rozmywa się chmura skrywająca góry przyczajone za wydmami. Zatrzymujemy się oczarowani. W górze dwa orłosępy. Ciężko ruszyć się dalej bo wówczas ten cudny obraz zostanie za plecami. Trzeba jednak jechać, dziś duże wyzwanie przed nami.
Przeprawiamy się przez góry Gobi Gurvan Saichan w śniegu i mrozie. Ciągnięte za gazem żaglowozy ślizgają się na śniegu, wpadają w zaspy, temperatura też nie ułatwia zadania, obecnie jest -8 stopni. Żaglowozy zaczepiamy na linach - Gobi2 pierwszy za gazem i do niego doczepiamy Gobi3. Układ taki z tego względu, że Gobi2 nie ma sprawnych hamulców, musi zatem być w środku tej linowej kolejki. Taka jazda po górach wymaga ogromnej uwagi i umiejętności przewidywania zarówno od żaglonautów, jak i od kierowcy samochodu. Bajra to dobry kierowca, ufamy mu i wiemy, że dobrze poprowadzi tę zimową górską karawanę. Nie mamy zimowych opon, koła ślizgają się po lśniącej śniegowej nawierzchni. Nie widać wyrw i dziur pod zaspami, łatwo wpaść w jakiś rozłam, wpaść na skałę. Piotr jedzie pierwszy, za nim Światek, Xenia w kabinie a ja na dachu gaza. W połowie drogi zmieniam się ze Światkiem, prowadzę Gobi3. Światek nieźle przemarzł, Piotr na szczęście miał gruby mongolski del, ale też narzeka na brak czucia w stopach. Nagle słyszę, że Xenia krzyczy, że będzie wąsko. Cóż z tego, kiedy sterowność jest zerowa. Mam tylko nadzieję, że wpasuję się w wąski jar. Jedno koło jadącego przede mną Gobi2 wskakuje na skarpę, żaglowóz jedzie bokiem, Gobi3 jakoś się mieści, bardzo pomaga sprawny hamulec. Z góry praktycznie cały czas jadę na zablokowanym kole aby ryć w ziemi i jakoś hamować za siebie i Piotra. Letni protektor opony nie pomaga. Jakoś nie zależy nam na bliskim spotkaniu z tyłem Bajrowozu. Na przełęczy z pięknym owo (z termosem w roli głównej), odpowiednikiem naszej przydrożnej kapliczki, odczytuję z GPSa wysokość - jest 1977 m. n.p.m. Temperatura minimum -10 stopni. Palce zdrewniałe, stopy obce jakieś. Pakuję się w śpiwór (wzbudza to szczery i głośny śmiech Bajry) i tak oto będę jechać. Do kompletu maska na twarz, czapka, kask, dwa polary, kurtka, grube rękawice, podwójne skarpety i mokre buty (no cóż, zamokły w czasie śniegowej bitwy rano). Jadąc śpiewam i w rytm muzyki uderzam stopami w rumpel, żeby jakoś się rozmrozić. Raz po raz czuję silny wstrząs - koło wpada na wystającą skałę lub zapada się w niewidocznej pod zaspą dziurze. Co za off-road. Nad górami piękna, różowo-fioletowa łuna zmierzchu. Na skalnej grani zauważam kątem oka dwa koziorożce. Trzeba jednak patrzeć na drogę, co prawda już nie ma wyłomów. Próbuję jedną ręką sterować i trzymać hamulec, drugą zrobić jakieś zdjęcie, nie jest to łatwe. Wiem, że Bajra kontroluje sytuację, nie mniej na widok niespodziewanej stromej skarpy w dół po prawej, czuję spręż wszystkich synaps - widzę że Piotr walczy o lewy brzeg drogi, mnie trochę ściąga na prawo, szczęśliwie przebija przez śnieg kilka grudek ziemi i kamień, wykorzystuję to, luzuję hamulec, koło chwyta grunt i omijam rozpadlinę cało. Uff. Robi się ciemno, na szczęście kończą się skały. Co więcej - Bajra w ciemności wypatruje dwie jurty. Dojeżdżamy do nich i tu zawód - zamknięte na trzy spusty. Zamarzła nam woda w zbiorniku, nie ma gazu, perspektywa braku obiadokolacji akurat dzisiaj nie jest czarująca szczególnie. Okazuje się jednak, że właściciele owych jurt są w okolicy! Mieszkają obecnie w innym miejscu ale przyjechali, by dowieźć sól zwierzętom, i zepsuł im się samochód. Właśnie reperowali go nieopodal. My to mamy szczęście! Zresztą oni też. My zyskujemy jurtę na noc, a oni narzędzia i prąd z gaza do naprawy samochodu. Teraz wspólna kolacja. Odtajamy. Suszymy buty, skarpety. Może jutro uda się dotrzeć do Dalanzadgad, albo chociaż Bulgan. Niby tak blisko, a jakże daleko.