27 października Po sutym śniadaniu w czerwonych skałach ruszamy dalej. Dziś wspaniała pogoda na żeglugę: wiatr, słońce i w miarę równa droga. Startujemy w okolicy nieczynnego już gercampu (kempingu), pośrodku którego znajduje się ogromny, murowany żółw. Za żółwiem widzę małe słone bajoro, które ma się powoli ku wyschnięciu. Ruszamy.
Na Gobi3 jedzie Światek z Piotrem, ja z Xenią na Gobi2. Opuszczamy strefę dziką, wjeżdżamy do „cywilizy” – świadczy o tym pierwszy na naszej trasie drogowskaz informujący, że do Ułan Bator pozostało 520 km. Do samej stolicy raczej nie dojedziemy na żaglach, skończymy trasę wcześniej bo kończy nam się czas wizowy i finanse. No chyba, że będzie już do końca wiało tak, jak dziś. Planujemy zakończyć żeglarski etap na początku listopada – tam, gdzie wiatr nas zawiedzie. Tymczasem prujemy z niezłą prędkością – GPS wskazuje 47 km/h. Jadący równolegle do żaglowozu Bajra macha nam ręką. Ścigamy się? – pokazuję mu na migi. Kierowca śmieje się i przyspiesza, my przechodzimy z ostrego bejdewindu do półwiatru. Jeszcze przez chwilę gestami żartujemy sobie kto wygra wyścig, w końcu Bajrowóz przyspiesza i goni jadącego przed nami Gobi3, który przoduje o jakiś kilometr. Jazda jest dzika, steruje Xenia, ja dziś robię za załogę w siatce bocznej. Ostatnio trochę nadwerężyłam kolana na etapie „spacerowym” z żaglowozem – ach te kilometry żeglugi „na Flinstona”…;) Mamy trochę skrzywiony rumpel od kierownicy, czasem wypadamy na jakiś krzaczek coraz rzadszego już saksauła. W miarę zmierzania na północ zmienia się roślinność, żegnamy ostatnie większe saksaulowe lasy, wkrótce zaczną się trawiaste stepy. Zmieniają się też napotykane ślady. Odciski wielkich wielbłądzich parzystych podeszew mieszają się coraz częściej z półokrągłymi końskimi śladami bytności. Wkrótce te drugie zdominują „śladowe towarzystwo”. Przed nami pojawia się spora górka, ubity trakt wiedzie w dół niezbyt ostrymi zakosami. Rozpędzamy się, co za pęd! Lawirujemy pośród kamieni, krzaczków i górek piachu, nie raz żaglowóz wpada w poślizg. Widzimy po śladach, że Gobi3 też nie raz wyleciał na zakręcie z głównego traktu. Dróg bowiem w okolicy jest kilkanaście, wszystkie równolegle zmierzają na północny wschód, do Mandał-Ovo. Grunt, by trzymać właściwy kierunek i znajdować najmniej zapiaszczony pas tej autostrady. Mijamy ciekawe skaliste pagórki. Wtem wiatr ustaje. Gwałtownie, bez zapowiedzenia. Przejechaliśmy dzisiejszego popołudnia 30 km. Szkoda, że nie ruszyliśmy wcześniej, trudno jednak było się rozstać z pięknymi klifami Bayanzag. Na horyzoncie widzę cirrusowe strzępy, oj.. czyżby znów wracała zima? Bajra coś wspominał o tym, że na dniach wróci śnieg.
28 października Oglądamy przez lornetkę góry oddalone od nas o jakieś 50 km – całe w śniegu. Czyli jednak padało, dobrze że śnieg nie dotarł do nas (jeszcze). Wiatru niet. Szkoda, że nie wieje jak wczoraj, no cóż, wiatru nie ma się na zamówienie. Postanawiamy wyruszyć na małą wycieczkę w okoliczne skałki. Skały obfitują w krystaliczne formy wyrastające ze szpar i załamań kamiennej faktury. Na ziemi leży też sporo porowatych, lekkich kamieni, chyba wulkanicznego pochodzenia. Znajdujemy też sporo kamyków zwanych przez nas „skamieniałymi mózgami”. Ich faktura i kształty zdecydowanie uzasadniają takie przezwisko. Umawiamy się o 15 przy gazie. Światek z Piotrem ruszają na podbój pobliskich gór, my z Xenią myszkujemy pośród skał i kryształków. Dziś jak na złość zaniemógł Gienek, a baterie w aparatach na wykończeniu, robię tylko 3 fotki ciekawych skał i na jakichś średnich kształtów ptakach drapieżnych kończy mi się energia, bywa. Czas wracać do obozu. Wszystko już spakowane. Wiatru tyle co kot napłakał, ledwo napinają się żagle naszych lądowych żaglówek. Zapowiada się etap spacerowy. Wyprowadzam zatem na spacer Gobi2 (momentami udaje się jechać z wiatrem przy ostrzejszych szkwałach i jak jest z górki, poza tym pozostaje pchanie), Xenia przygarnia Gobi3. Noga za nogą, koło za kołem przemierzamy mongolską ziemię pospołu miarowym, żółwim tempem. Raz, dwa, raz, dwa… nucę sobie pod nosem i przychodzą mi do głowy abstrakcyjne w tym miejscu pieśni i piosenki. Co tu np. robią „Czerwone maki na Monte Cassino” albo „Kto dogoni psa” zamiast jakiejś szanty albo pieśni stepowej. W zmęczeniu jednak trzeba się zdać na to, co samo się nasuwa do głowy i już. Może ten żółw wczoraj to była jakaś wróżba;) Dziś pokonujemy aż całe 5 km!:)