Mkniemy poprzez step szeroki, kamienie lecą spod kół, trzeszczą naciągi want. Cudnie. Odrabiamy zaległości w napawaniu się szybką jazdą:) Teren lekko pofałdowany, pojedyncze sajry, trochę kęp wysokich traw. Zmieniamy się za sterami, dziś każdy chce poczuć szota wrzynającego się w dłonie przy ostrym szkwale. Wieje silny wiatr, momentami żaglowozy osiągają do 50 km/h.
Wiatr bardzo kręci - od bajdewindu po baksztag z przewagą tego drugiego. Uwielbiam ten pęd... Chwilowo jadę gazem i przyglądam się akurat Światkowi mknącemu na Gobi3, granią pobliskich pagórków...i oto nagle kolega znika mi z oczu. To znaczy nie do końca znika, połowicznie. Żaglowóz wykonuje gwałtowny przechył i maszt ryje w prawym stoku stepowego garbu. Trwa to parę sekund. Widzę uniesione w górę koło żaglowozu i wiszący na poprzecznicy tobołek. Tobołek się rusza, biegniemy z Piotrem i Bajrą na pomoc (Xenia zdążyła już wcześniej przejechać grań i zniknęła za górkami). Tobołek w żółtym kasku macha do nas ręką, że wszystko w porządku. Hmm, patrzymy na siebie z Piotrem porozumiewawczo i...wracamy do gaza po aparaty;) Pozwalamy kapitanowi powisieć jeszcze chwilę w pasach nad ziemią. Ten nawet nie oponuje (może jest w szoku powywrotkowym;) ). Po sesji fotograficznej pomagamy Światkowi oswobodzić się z pasów (dość tego dobrego). Szukamy sworznia od bomu, który przy wypadku wyrwał się z uchwytu. Po kwadransie żaglowóz gotowy do drogi, kapitan też, dosiadam się jako balast od nawietrznej (raz kozie śmierć;) ). Pędzimy dalej, Xenia czeka za górami. Jako, że długo nas nie było, halsowała z powrotem spory kawałek by sprawdzić co się stało. Przesiadam się na Gobi2, Piotrek dosiada się do Światka. Ruszamy dalej, po drodze urządzając drobne wyścigi pomiędzy kobiecą i męską załogą. Napotykani pasterze i pracownicy pobliskiej kopalni robią sobie z nami zdjęcia, co śmielszy próbuje jazdy pod żaglami. Świeci słońce ale jest zimno. Rozpędzamy stado koni pasące się na naszym szlaku, przy wodopoju spotykamy też pokaźne stado zwierząt gospodarskich. Największe wrażenie robią na mnie konie pijące wodę prosto z rury. Przy okazji moczą się całe, jak one wytrzymują to zimno...brr. Wielbłądy przepychają się przy zamarzającym cieku, łamią podeszwami lód by dostać się do wody. Kozy i owce cierpliwie czekają na swoją kolej, podchodzą do wodopoju dopiero, gdy kończą pić większe zwierzęta. Kończy się dzień, kończą się piękne widoki, zasłona nocy dopada nas tuż pod Darganchangaj. Żaglowozy jak zwykle wywołują poruszenie w wiosce, ktoś się dosiada, dzieciaki biegną z nami kilkaset metrów. Już niemal po ciemku przeprawiamy wehikuły na drugą stronę linii telefonicznej (na dwóch kołach, po skosie) i zakładamy obóz. Przejechaliśmy dziś co najmniej 60 km - wspaniały etap i męczący zarazem. Bohaterem dnia zostaje Światek za widowiskowy występ o poranku. Tymczasem dobrej nocy, wszyscy już śpią tylko nie ja. Ania