Żegnaj nam, dostojna, stara Gobi... (relacja z 1 listopada) - piątek, 7 listopada 2008
1 listopada Dziś pobudka bezwzględna i surowa, jednym słowem pobudka w lodówce. Na szybach gaza kwiaty mrozem malowane, wszędzie szron. Gobi2 wciąż jeszcze bez sprawnego koła, wiatr umiarkowany acz mroźny - ogólnie to miałoby się chęć zaszyć w śpiworze i nosa nie wystawiać. Dziś jednak ostatni dzień jazdy, wstajemy zatem wcześnie (pomimo wszystko), aby wykorzystać czas maksymalnie.
Staramy się nie myśleć, że kończy się nasz żeglarski szlak, teraz trzeba się skupić na reanimacji żaglowozu. - Dawaj to mnie, ja budu djełać – słyszę Bajrę, który zabiera się za centrowanie koła. Biegam po okolicy aby rozgrzać skostniałe stopy, przy okazji znajduję ładne, pomarańczowo-różowe kamienie, wyglądają trochę jak ciastka przekładane kremem. Jeszcze parę uderzeń młotkiem, parę ruchów kluczem i gotowe. Światek z Piotrem dopompowują koła obu maszyn i ruszamy. Siadam za sterem naprawionego przed chwilą zabytku, na Gobi3 zasiada Światek. Wiatr jest „jednoosobowy”, póki co nie da się jechać z załogantem. Droga jest równa choć zdarzają się pagórkowate odcinki. Na jednym z nich łapie nas silny wiatr. Żaglowozy przyspieszają do 60 km/h – to jest jaaaazda! Gobi3 zdecydowanie mnie wyprzedza z uwagi na lżejszą konstrukcję i dużo lepszy żagiel. Widzę, jak pojawia się i znika pomiędzy pagórkami. Wtem widzę, że znika i się już nie pojawia. Jadę jeszcze kawałek – wciąż nic. Gdzie jest Światek?? Wjeżdżam na wzniesienie i widzę żagiel na ziemi i kapitana pochylonego nad płozownicą żaglowozu. Robi mi się jakoś gorąco pomimo mrozu. Na szczęście Światek zaraz wstaje, nic mu się nie stało. Hamuję gwałtownie nieopodal, w poprzek głębokich kolein. Żaglowozem zarzuca silnie na prawo, płuca czuję w przełyku. Zostawiam pojazd w łopocie i pędzę do kolegi. Okazuje się, że wyrwał się trzpień i zawleczka trzymające lewą wantę i maszt runął na bok podczas jazdy. Zerwały się nawet stalowe linki stanowiące zabezpieczenie na ewentualność takiego wypadku. To musiała być ogromna siła bo w czasie upadku trochę wygiął się maszt a jego stopa przypomina faworka albo precla. Na szczęście jest wykonana ze stali bardzo dobrej jakości bo nie pękła. Wytrzymuje też kolejne już podczas wyprawy wyklepywanie. Dorabiamy dodatkowe zabezpieczenia want, na całej akcji tracimy 2 godziny silnego wiatru i szalonej jazdy. W końcu powrót na szlak, wio! Teraz już w czwórkę razem pędzimy ku mecie. Silna wichura wywiewa kiełkujące smutne myśli o tym, że kończy się wyprawa. Zespalamy się z wiatrem, ciężko utrzymać szota w dłoni, że też nie ma tu kabestanu. Pojawiają się linie telefoniczne i linie wysokiego napięcia, oj cywiliza już tuż tuż, brr.. Wiatr nagle cichnie, tak samo nagle jak przybył. Niebo zmienia kolory w trybie błyskawicznym, szykuje się cudny zachód słońca, chyba najefektowniejszy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Zatrzymujemy się z Xenią na górce i podziwiamy. Światek z Piotrem na ostatnich podmuchach wieczoru pomknęli dalej. Bajra mówi, że „oni uże daleko, nawierna w Mandałgobi”. Pokazujemy mu, by jechał za nimi, zaraz się ściemni a nie wiadomo, czy nie będzie trzeba przejeżdżać pod drutami i przyda się obstawa. Ostatnie 3-4 km poruszamy się z prędkością marszową, jednym słowem spacer z żaglowozem. Tego dnia mieliśmy przekrój całej wyprawy – od wichury po flautę, od mrozu po ognisty zachód słońca, nie zabrakło też spektakularnej awarii i polowego serwisu. Esencja tego, co spotykało nas przez te kilka tygodni. Dzień kończymy na przedmieściach Mandałgobi. Dziś nocleg w jurcie, arule, sutej caj i borcoki. Pamiętamy o świętach, zapalamy świeczkę. Robi się nostalgicznie i jakoś tak hm... ostatecznie. To naprawdę już koniec…Trudno w to uwierzyć, trudno się do tej myśli przyzwyczaić. Żaglowozy stały się elementem naszego życia, codziennością, członkami wyprawy. Szlak przemierzany na nich był naszym zmaganiem, wyzwaniem, radością i łzami w oczach. Co będzie dalej? Powrót do domu, ot tak po prostu? Ciepłe bambosze, świeża gazeta i kawa z ekspresu? Ot tak, z dnia na dzień? To może jutro jeszcze runda honorowa wokół miasta? Ustalamy, że wstaniemy wcześniej, zrobimy jutro owo na pamiątkę rajdu, owo wyznaczające koniec wyprawy oraz jeden z końców Szlaku Przyjaźni Polsko – Mongolskiej. Szlaku, który wytyczyliśmy trójkołowymi śladami na gobijskich piachach, stepach, żwirach i skałach. Szlaku, który dedykujemy w całości Pionierom: Wojtkowi Skarżyńskiemu, Bogdanowi Pigłowskiemu oraz Ryszardowi Łuniewskiemu – ludziom, którzy 30 lat temu dali przykład, że można, że da się i że warto. Dziękujemy Wam z całego serca. Jutro powstanie owo, powiesimy tabliczkę, potem będzie runda honorowa, ostatnie metry pod żaglami.
Żegnaj nam, dostojna, stara Gobi…
p.s.
W tym odcinku szczególnie dziękujemy firmie Sail-Service za wspaniały żagiel, który przetrzymał niejedno oraz firmie TRIMET za maszt i stopę masztu do Gobi3 - materiały nie do zdarcia!