Droga do domu przebiegła szczęśliwie. Na dodatek nie wróciliśmy sami. Wróciła z nami również GOBI. To nie żart ani jakaś metafora. Gobi ma jakieś 8 tygodni...
... kudłaty łepek i pochodzi z jednego z ułanbatorskich śmietników. Nie mogliśmy jej tam zostawić, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Była wychudzona, brudna, śmierdząca i w tym wszystkim piękna.
Kiedy znaleźliśmy ją ze Światkiem, wyraźnie ucieszyła się na nasz widok. Postanowiliśmy wtedy, że jeśli za dwa dni, kiedy będziemy mijać śmietnik, nadal tam będzie i nas rozpozna – jedzie do Polski. Wróciliśmy tam po dwóch dniach a ona czekała gotowa do jazdy. Na szczęście na miejscu udało się w trybie błyskawicznym dopełnić niezbędnych formalności, wyrobić papiery, wszczepić mikroczipa i tak oto Gobi stała się podróżniczką.
W ciągu tygodnia odwiedziła Ułan Bator, Moskwę, Kijów i Warszawę. W pociągu podbijała serca wszystkich, z prowadnikami na czele. Sportową torbę kupioną na mongolskim „zachu” (targu) uznała za swój przenośny nowy dom i w ten sposób przemierzała z nami tysiące kilometrów.
Jadła to, co przynosili nam jej fani i wielbiciele (bywało, że chłopcy zazdrościli jej tych frykasów, zwłaszcza końskiej, syberyjskiej kiełbasy). Obecnie Gobi przebywa w Poznaniu, ma się dobrze i powoli przyswaja pierwsze komendy (w języku mongolskim rzecz jasna).